• Kas Cud

Czego o pisaniu nauczył mnie mój pierwszy poród?

Aktualizacja: 15 lis 2019

Pamiętam to jak przez mgłę. Był środek majowej nocy 2013 roku. Domyśliłam się, że się zaczęło. Zanim obudziłam męża i pojechaliśmy do szpitala, troszkę posprzątałam (w moim przypadku nigdy nie zaszkodzi), zrobiłam mężowi kanapki (bo tak radzili w poradnikach) i … siadłam do komputera, żeby kończyć moje zlecenie!



Podczas drugiego porodu robiłam zakupy, a kiedy zaczął się trzeci, pojechaliśmy z mężem do jednej z krakowskich kawiarni. Tak, tak, piłam kawę w trakcie porodu i — co więcej — jadłam pączka! Co kilka minut zwijałam się też w konwulsjach, ale na porodówce, jak za każdym razem, nikt nie chciał mi wierzyć, że rodzę.


Własne standardy


Kiedy myślę o tym, że podczas pierwszego porodu kończyłam zlecenie, sama jestem w szoku. Wtedy jeszcze nie byłam zawodową copywriterką (swoją drogą ciekawe, gdzie i kiedy taki tytuł można dostać i jakie są kryteria?), jedynie powoli wycofującą się ze sceny dziennikarką oraz doktorantką u progu kariery naukowej (po 10 latach jestem za to u kresu sił i wytrzymałości, a mój promotor jeszcze bardziej). Już wiecie, co Wam chce powiedzieć, prawda? Praca nigdy nie może być tak ważna, by zajmować w naszym życiu naczelne miejsce. Owszem, musi być na tyle istotna, byśmy wykonując ją, cieszyli się, za bardzo nie męczyli i oczywiście mogli utrzymać siebie (i rodzinę), ale nie może być stawiana na piedestale.


Pojawienie się dzieci zmieniło więc moje priorytety. I chociaż dziś moim klientom staram się nie mówić o mojej sytuacji rodzinnej zbyt wcześnie, to jednak moje wewnętrzne standardy są takie, żeby praca nie kolidowała z życiem rodzinnym. W związku z tym staram się brać tylko takie zlecenia, które są wartościowe. To znaczy takie, które sprawiają mi przyjemność (intelektualną lub emocjonalną), takie, w których jestem specjalistką, oraz takie, które są po prostu opłacalne finansowo. Niestety nie zawsze tak było. Jeszcze miesiąc temu moje standardy nie były tak wysokie (jak tu zaznaczyć, że właśnie się śmieję, no jak?).


Większa wydajność


Inna sprawa, że dzieci nauczyły mnie odpowiednio planować sobie pracę i być bardziej wydajną. Brzmi to bardzo profesjonalnie, ale nie jest niczym innym jak tylko brutalną prawdą: przy dzieciach nie zrobisz nic! Wchodzą mi na kolana, na głowę, na krzesło, domagają się bajki, oglądania zdjęć albo tego filmiku z kotem, który właśnie mignął na Facebooku, choć moi znajomi takich filmików nie zamieszczają, więc nie wiem, skąd on się akurat teraz tam wziął?!


Co jeszcze? Biorą moje kartki i rysują na nich (przy okazji po biurku i po podłodze), wysypują zszywki, używają dziurkacza, rozkładają na podłodze w moim malutkim biurze lego, skaczą po materacu, krzyczą, biją się… Trudno nawet dodać „niepotrzebne skreślić”, bo to wszystko bardzo często odbywa się równocześnie (na przykład teraz). Więc pomyślcie, co się dzieje, gdy mam godzinę sam na sam z komputerem. Czy w takiej sytuacji „przebimbluję” ją przed fejsem? Nie. Wykorzystam do cna i wycisnę jak cytrynę do ostatniej kropli.


Potrzeba różnorodności


Fakt, że te dwie rzeczywistości — praca zawodowa oraz dom — przeplatają się, pomaga mi zachować równowagę. Wszyscy, którzy mają dzieci, potwierdzą, że w pracy odpoczywają. A druga strona medalu jest taka, że przy dzieciach wszystkie zawodowe problemy jakoś bledną. Dzięki temu, że małe dzieci pochłaniają cały nasz czas, uwagę i siły, przynajmniej na chwilę możemy zapomnieć o nieprzyjemnym telefonie czy kolejnej nieopłaconej fakturze w czasie, gdy one są z nami.


Nie chcę pisać o bzdurach, bo po co tracić czas na nic nieznaczące sprawy, kiedy obok w pokoju toczy się prawdziwe życie? Bardzo nie lubię w związku z tym mało ambitnych zleceń, tylko potrzebuję naprawdę kreatywnego kopa, by móc się odreagować i spełnić. Jest to też związane z potrzebą różnorodności, która u mnie jest bardzo silna (wiecie, nie lubię powtarzalności i nudy). Staram się nie pisać tylko po to, by odhaczyć kolejny punkt z listy (punktów na liście mam aż nadto!), tylko po to, by stworzyć coś naprawdę dobrego. Wobec tego „dobre jakościowo teksty” to dla mnie tautologia w najczystszej postaci.



Dzieci codziennie uczą mnie tego, co jest ważne. A pierwszy poród? Pokazał mi, że na pisaniu świat się nie kończy. Że nawet jeśli na jakiś czas odpuszczę, to mogę wrócić do gry silniejsza i bardziej świadoma tego, kim naprawdę chcę być. Dla niektórych copywriting to praca jak każda inna — nieważne jakie zlecenie, byleby było. Ja tak nie chcę. Chcę, by każde słowo miało sens. Czym jest bowiem słowo pozbawione sensu?

25 wyświetlenia

©2018 by Creative Core